Pages Navigation Menu
reklama

Oksana Bilińska w rozmowie miesiąca o burzliwych kolejach swojego losu

Oksana Bilińska w rozmowie miesiąca o burzliwych kolejach swojego losu

Drodzy Czytelnicy www. smolec24. Dawno nie było” rozmowy miesiąca”, ale gdy pojawia się taki materiał  to nie sposób przejść obok niego obojętnie. Gościem smolec24 jest dziś nasza „sąsiadka”, wychowana zaledwie kilka wiosek dalej. Mimo, że nie lubi „gwiazdorzyć” (jak sama to nazywa), to dała się nam namówić na zwierzenia. Spotkałyśmy się w jej domu rodzinnym w Baranowicach, dokąd po latach wróciła. Jej dzieciństwo, choć smutne, to jest tak niesamowite, że mogłoby służyć za scenariusz naprawdę dobrego filmu! Gdy jakiś czas temu usłyszałam drobne fragmenty jej historii, od razu wiedziałam, że muszę ją Państwu opowiedzieć.

Edyta Niemczynowska – Frąckiewicz: Pani Oksano, skąd u Pani tak oryginalne imię? My tu znamy Panią z imienia Ola.

 

OKSANA BILIŃSKA:  W czasie i w miejscu, gdzie się urodziłam, a było to w okolicach Uralu, to imię było bardzo popularne, taka moda, za która poszła moja mama. Ola to moje imię z chrztu świętego, już z Polski, miało mi pomóc w kontaktach z rówieśnikami.

 

E.N.-F.: Jest Pani Polką, jak do tego doszło, że urodziła się Pani w głębi Rosji Radzieckiej? Skąd pochodzi Pani rodzina?

 

O.B.: Oboje rodzice pochodzą z Kresów, mieszkali kilkanaście kilometrów od siebie, w pobliżu większej miejscowości Turka,  ale bez wątpienia nie znali się wówczas. Tata wywodził się z Mochnatego, mama  z Komarnik. Ojca fałszywie oskarżono o kontakty z UPA, o ukrywanie członka jednej z band, ale był też prawdziwy powód niechęci ze strony władz – unikał służby wojskowej w Armii Czerwonej, do czego był zobowiązany, gdy Kresy zostały przyłączone do Związku Radzieckiego.  Tak trafił na zesłanie. Ciężko mi dziś określić konkretną datę, ale było to pomiędzy rokiem 1945 a 1948. Mama została skazana na 25 lat zesłania do obozu pracy za kontakty z chłopakiem, który ponoć był powiązany z jakąś grupą partyzancką, nie chciała o tym mówić, wydaje się, że była zaangażowana emocjonalnie w tę znajomość, ale nie było w tym polityki.  Mógł być to jednak jedynie pretekst, bo też nie była lubiana przez władze. Jej rodzice byli dobrze sytuowani, a dokładniej mówiąc posiadali sklep spożywczy, w którym ona pracowała. Dla władzy komunistycznej to byli wrogowie ludu.

Rodzice poznali się dopiero na zesłaniu, przy wspólnej pracy, choć mieszkali w różnych obozach. Zrodziło się uczucie i tak tam, w Workucie pod Uralem, w 1951 roku, przyszłam na świat ja.

 

E.N.-F.:  Czy rodzice opowiadali szczegóły tego zesłania, czy odbył się jakiś sąd, jak wyglądał transport i życie tam?

 

O.B.: Opowiadali, ale niewiele dziś już pamiętam. Na pewno stawali przed jakąś komisją sądową. Tata trafił na zesłanie pierwszy. Mama, słysząc wyrok 25 lat, miała zapytać urzędników komunistycznych „ a czy wy będziecie tyle istnieć?”, co ponoć rozzłościło ich jeszcze bardziej i stąd pewnie ten Ural za takie „nic”. Ale ona już taka była, zawsze odważna, zresztą, jak twierdziła, było już jej wówczas wszystko jedno. Do miejsca zesłania jechała, tak jak inni, kilka tygodni w bydlęcym wagonie. Tam na miejscu została przydzielona do pracy w cegielni, ale wykonywała też inne zajęcia. Tata pracował głównie w kopalni. Poznali się jednakże najprawdopodobniej przy wyrębie lasu.  Nie mam pojęcia jak organizowali wspólne spotkania i utrzymywali tę znajomość, na pewno nie było to łatwe.

 

E.N.-F.: A jak mama zdołała donosić ciążę, potem urodzić Panią i wykarmić?

 

O.B.: Z opowiadań mamy wiem, że różnie to bywało, wiele kobiet ukrywało ciążę, obwiązując się takimi szmatami, no ale i tak się dało to ukryć tylko do pewnego momentu. Pozwolono jej mnie urodzić, ale nie mogła mnie normalnie wychowywać, bo musiała wrócić do pracy. Nie wszyscy jednak wychodzili z obozu na cały dzień, pozostawali np. ludzie chorzy, niezdolni do pracy, oni mieli na mnie jakieś tam baczenie. Wiem, że miała ogromny problem z wykarmieniem mnie. Tak pogryzłam jej piersi, że trafiła do szpitala, ale to wynikało z głodu panującego w obozach. Sama dostawała tak marne racje pokarmowe, że nie miała wystarczająco mleka. Był nawet czas, że dokarmiała mnie sąsiadka, która też urodziła i miała więcej pokarmu. Mrozy tam były po 50 stopni, ale jakoś ludzie sobie radzili, choć wiem od mamy, że zdarzało się, że kobiety zabijały swoje dzieci, by oszczędzić im losu, który czekał je w obozie.  Wielu dorosłych umierało, a co dopiero małe dzieci. Ojca nie znałam w ogóle, nie było możliwości odwiedzania się czy wspólnego zamieszkania.

 

E.N.-F.: Ale nie dane było mamie długo Panią wychowywać…

 

Oddzielenie od mamy…

O.B.: Niestety nie. Dzieci, które zesłano z rodzicami, zostawały przy nich i też pracowały, ale one były starsze. Wszystkie urodzone tam, na zesłaniu, były matkom odbierane, gdy kończyły jakieś 2 lata. Tak było i ze mną. Ponoć bardzo płakałam, gdy mnie zabierano, wyciągałam rączki do mamy. Ktoś zrobił mi wtedy zdjęcie, chyba do dokumentacji urzędowej, mam je do dziś. Kobiety krzyczały, mdlały, nic to nie dawało, dzieci zabierano siłą i przewożono do odległego domu dziecka. Ja nie pamiętam tej chwili, znam ją tylko z opowiadań.

 

E.N.-F.: I jak tam było, w tym domu dziecka? Dwulatek raczej niewiele pamięta, ale może jakieś sceny, osoby, miejsca z późniejszego okresu pobytu?

 

O.B.: Trochę pamiętam, bo spędziłam tam 4 lata. Najlepiej pamiętam mrozy i śnieg, mam wrażenie, że zima trwała tam cały rok. Nawet mleko przyjeżdżało zamarznięte. Ale nie głodowaliśmy, w przeciwieństwie do sytuacji w obozach, jedzenie było, mówiono, że to z Czerwonego Krzyża, że oni nam dostarczają. Pamiętam plac zabaw przed domem, ale zawsze w śniegu… Pewnie były i takie dni, gdy się tam bawiliśmy, ale ja pamiętam tylko śnieg i mróz. Z ludzi zachowałam we wspomnieniach jedynie Walentinę, moją wychowawczynię. Była młoda, dbała o dyscyplinę, miała zasady. Na pewno pracowały tam też inne osoby, bo ktoś gotował, ktoś sprzątał, ale nie jestem w stanie ich sobie przypomnieć. Spaliśmy na dużej sali, było tam może z 40 czy 50 łóżek. Bardzo utkwił mi w pamięci nakaz, że w nocy trzeba było do toalety iść na paluszkach, nie wolno było nikogo obudzić. Toaleta to było wiadro w korytarzu, ale na dwór nie musieliśmy wychodzić. Każdy miał koło łóżka krzesło, na którym kładł swoje ubranie. Szaf nie było. Rano trzeba było wszystko ładnie poskładać w kopertę, nic nie mogło wystawać. To było surowo egzekwowane. A karą było np. stanie na mrozie. Nie ryzykowaliśmy karania, wszyscy się pilnowali, by nie „zasłużyć” na nią. Rozmawialiśmy tylko po rosyjsku. To był jedyny język, jaki znałam, choć pewnie były tam dzieci różnych narodowości. Wyjeżdżając z obozu, od mamy, miałam ok. 2 lata więc jeszcze nie mówiłam.

 

E.N.-F.: A jaka była ta Walentina? Bo to, że utrzymywała dyscyplinę, to przy tak dużej grupie dzieci raczej konieczność.

 

Oksana z Walentiną

O.B. : Była chyba dobrą osobą. Traktowałam ją jak matkę, choć mnie nigdy nie przytulała, nie głaskała, takich zachowań nie znaliśmy. Ale czytała mi listy od mamy, bo w pewnym momencie zaczęły przychodzić. Mam była poinformowana, gdzie przebywam, ale nie posiadam korespondencji z Walentiną. Mama wiedziała , gdzie jestem. Pamiętam, że siedziałam na krześle, a ona mówiła, że pisze,  że ja tu siedzę, że słucham listu od mamy… Tylko ja nie wiedziałam już co to jest ta „mama”, nie miałam już żadnych skojarzeń, małe dziecko zapomina.  Nigdy później nie miałam z nią kontaktu, tata zgubił jej adres. Nie wspominam jej źle, była wówczas jedyną bliską mi osobą.

 

E.N.-F.: Ale w końcu znalazła się Pani jakimś cudem w Polsce. Jak i kiedy do tego doszło?

 

O.B. : Miałam 6 lat, gdy mi zakomunikowano, że jadę do Polski, do moich rodziców. Jakoś specjalnie się nie ucieszyłam, bo kto to niby są rodzice? Co to jest Polska? Myśmy lekcji żadnych nie mieli w domu dziecka, bym wiedziała, jakie są inne kraje. Nie znałam też innych domów, by wiedzieć, że są tam rodzice, którzy sami wychowują swoje dzieci. Bardziej chyba się obawiałam niż cieszyłam. Ale takie małe dziecko robi, co mu dorośli każą. Mama też napisała list, że jest już w Polsce i że próbuje  mnie ściągnąć.  I tak pewnego dnia wsiadłam do pociągu z obcym mężczyzną w mundurze, który jechał ze mną aż do stacji kolejowej Biała Podlaska, gdzie zaprowadził mnie do jakiejś sali. Przez głośniki wezwano moich rodziców. Ich radość była ogromna, chcieli mnie przytulać, głaskać, a ja się odsuwałam, odpychałam ich, albo stałam jak słup. To byli obcy dla mnie ludzie. Potem mama mi opowiadała, że było im wówczas bardzo przykro, ale rozumieli, że nie mogło być inaczej. Ja ich po prostu kompletnie nie pamiętałam! Wyglądałam jak chłopak i miałam na sobie płaszcz i czapkę z „baranka”, mama mówiła, że to były „karakuły”. W ręku trzymałam małą walizeczkę. Gdy jechaliśmy pociągiem do Wrocławia tata chciał mnie wziąć na kolana, przytulić, ale ja uciekałam. Bezpiecznie czułam się przy innych dzieciach w wagonie. Nie odwzajemniałam ich czułości, radości…

E.N.-F.: Dziś już Pani wie na pewno, jak i kiedy rodzice zostali zwolnieni z odbywania kary? Dlaczego trafili do akurat do Baranowic koło Wrocławia?

 

O.B.: Tak, wszystkie zmiany nastąpiły dzięki śmierci Stalina w 1953 roku, choć trochę jeszcze to trwało. Powoli przyszła „odwilż” polityczna, wyroki darowano czy skrócono, ale rodzice wówczas pracowali przy budowie kolei w głąb Syberii, więc nie za bardzo było zainteresowanie, by ich od razu puścić.  Na zesłaniu spędzili co najmniej 8 lat, tyle mama chyba mogła wykazać w dokumentach związanych z chorobami, które tam przeszła. Tuż przed przyjazdem do Polski mama była w drugiej ciąży, nie donosiła jej, były jakieś komplikacje, a skutki odczuwała do końca życia, bo brak opieki lekarskiej przy skomplikowanej ciąży pozbawił ją możliwości posiadania kolejnych dzieci. Ale ważne, że przeżyła. Ważne też dla mnie, bo nie wiem, gdzie byłabym dziś.  Nie mieli już po co wracać do swoich rodzinnych stron. Tam już nikt ani nic na nich nie czekało. Ojciec taty, a mój dziadek, został po wojnie przesiedlony do Baranowic. Wszyscy z Mochnatego, Iwaszkowców, Komarnik i okolicznych wiosek trafili właśnie tu, w jedno miejsce. Dziadek był już wtedy wdowcem. Przyjechał tu z jedyną córką, a bo syn był przecież na zesłaniu. Pole przydzielano w zależności od wielkości rodziny, dostał więc niewiele, ale i tak ciężko było to obrobić. Powrót syna był więc podwójną radością. Musiał oczywiście sporządzić zaproszenie, bo była to przecież zagranica. Zapewnić urzędowo, że ich przyjmie i zapewni mieszkanie. Wtedy dostali dokumenty repatrianckie, na podstawie których mogli przekroczyć granicę. Było to najprawdopodobniej na przełomie 1955 i 1956 roku. Zaraz po przyjeździe do Polski zaczęli starać się o mój powrót. Ale trwało to aż rok.

E.N.-F.: Dlaczego rok? Przecież wiedzieli, gdzie Pani jest, Związek Radziecki robił problem?

O.B.: Rodzice musieli udowodnić ,że jestem ich dzieckiem, że zostali zwolnieni, choć przecież dom dziecka miał moje papiery. Pisali do Moskwy i do Czerwonego Krzyża,  ale ciągle były jakie dziwne problemy, że niby błąd w imieniu ojca, niezgodności z dokumentami, jakie ma strona radziecka itp. Potem jakoś się dowiedzieli, że adoptować mnie chciała jakaś Rosjanka. Ponoć sobie mnie upatrzyła, bo miałam ładne kręcone włosy, jakoś przypadłam jej do gustu, a tu nagle pojawili się moi biologiczni rodzice. Prawdopodobnie to z jej powodu mnożono problemy, ale rodzice byli nieustępliwi. Dosyłali kolejne żądane dokumenty, zaświadczenia i w końcu dostali telegram, że tego dnia, o tej godzinie, mają stawić się na dworcu kolejowym w Białej Podlaskiej. Dotarłam do nich w grudniu 1956 roku.

E.N.-F.: Początki były, jak Pani mówi, ciężkie, ale przyzwyczaiła się Pani w końcu do nowej rzeczywistości?

O.B.: Długo to trwało. Rodzice byli dla mnie obcymi ludźmi. Starali się bardzo, bym dobrze się u nich czuła. Dostałam rowerek, sanki… rzeczy, o których w radzieckim domu dziecka nawet nie mogłabym marzyć… ale i tak cały pierwszy rok łatwy nie był. Kontakty z dziećmi na podwórku były utrudnione, bo mówiłam tylko po rosyjsku. Przez pół roku chodziłam do przedszkola w Pietrzykowicach, by w kontakcie z rówieśnikami zacząć mówić po polsku, bo byłam w tym wieku, że czekała mnie przecież szkoła. To wszystko jednak było za mało. Poszłam wkrótce do szkoły do Sadkowa, wówczas mieściła się ona w tym pięknym pałacyku, ale nie rozumiałam kompletnie nauczycielki , ona nie rozumiała mnie. Mama próbowała odrabiać ze mną lekcje, jakoś ten czas nadrobić, ale bezskutecznie, musiałam powtórzyć pierwszą klasę. Dopiero, gdy nauczyłam się polskiego sytuacja się na dobre wyprostowała.

Tata przytula Oksanę. nad nim mama ubrana na czarno

E.N.-F.: Ale z językiem rosyjskim radziła sobie Pani chyba za to nieźle?

O.B.: O tak! Byłam najlepsza! I to bez większego wysiłku!

E.N.-F.: A czy tęskniła Pani za Walentiną? W końcu była to najbliższa Pani osoba przez większość dotychczasowego życia? Czy wspominała ją Pani często?

O.B.: Oj tak! Szczególnie, gdy mama miała do mnie o coś żal, bo czegoś nie zrobiłam, czy źle zrobiłam, ponoć mówiłam wtedy po rosyjsku, że nie będę tu „żit”, że jadę do Walentiny… Było jej przykro, to słyszeć, ale cóż, Walentina to była jedyna osoba, z którą miałam jakąś relację. Ojciec zgubił gdzieś jej adres, nie mogliśmy odżałować, bardzo chcieliśmy dopytać ją o wiele rzeczy…

E.N.-F.:  A kiedy stała się Pani Olą?

O.B. :W dokumentach zawsze miałam Oksana i tak jest do dziś, ale zaraz po moim przyjeździe rodzice zorganizowali mi chrzest. Olą więc jestem od chrztu, było to bardziej polskie, pozwoliło mi mniej odróżniać od innych dzieci, które z takich rzeczy lubią się naśmiewać. Ochrzcił mnie ks. Jasiak. Na tej samej mszy świętej moi rodzice przyjęli sakrament małżeństwa, bo w Związku Radzieckim nie mieli szans na ślub. To była jedna piękna uroczystość.

E.N.-F.: Pani dzieciństwo i młodość to Baranowice, potem przyszedł czas na Wrocław i na emeryturze wróciła Pani do domu po rodzicach. Czemu dziś, gdy synowie już dorośli, Ola-Oksana poświęca swój czas?

O.B.: Śpiewam w chórze Smolec Cantans, zawsze lubiłam muzykę, namówiłam nawet kiedyś rodziców na kupno gitary, ale takie były czasy, że trzeba było pomagać w gospodarstwie i nie było na to czasu, rodzeństwa nie miałam, więc każde ręce do pracy były potrzebne. Robię też takie obrazy z koralików, właśnie kończę cykl „Cztery pory roku”. To bardzo pracochłonne hobby. Staram się też pomagać chorym, bo mam do dyspozycji samochód, a z Baranowic czasem ciężko dostać się do centrum Wrocławia, jakoś bardzo na sercu leżą mi właśnie chorzy, ich cierpienia, potrzeby, trudy. Może to też skutek mojej przeszłości?

 

E.N.-F.: A jak z dzisiejszej perspektywy patrzy Pani na swoją przeszłość?  Czy wspomina Pani często tamte czasy? Czy podziela Pani opinię niektórych znaczących polskich polityków, że została Pani wyzwolona przez Rosję Radziecką i powinna jej być za to wdzięczna?

 

O.B.: Moi rodzice stracili wolność, stracili wszystko, młodość, dom, zdrowie. Ojciec do końca życia walczył z pylicą po pracy w kopalni, mama z astmą oskrzelową , zapewne po pracy w cegielni. Przez brak opieki lekarskiej na zesłaniu nie mogła mieć więcej dzieci, latami głodowali i byli wykorzystywani do katorżniczej pracy.  Czasem jeszcze myślę o tamtych czasach, ze łzami w oczach. Myślę, co byłoby ze mną, gdyby mama nie dożyła zwolnienia z obozu, a później gdyby o mnie nie walczyła. Pewnie byłabym przekonana, że jestem Rosjanką, tak zostałabym wychowana i żyłabym tam, w system komunistycznym, jak inne dzieci z domów dziecka, nie mając być może pojęcia kim jestem naprawdę. Kiedyś musiałabym ten dom dziecka opuścić i radzić sobie sama. A przecież tyle matek nie przeżyło…

E.N.-F.: Jaki wpływ ma ta przeszłość na pani życie dziś? Czy czegoś Pani żałuje szczególnie?

O.B.: Przede wszystkim każe mi ona cieszyć się każdym dniem, tym co mam. Doceniać  choćby to, że żyję w czasach pokoju. Musimy szanować to, co mamy, by już w następnych pokoleniach nikt nigdy nie musiał przez takie sytuacje w swoim życiu przechodzić.

A żałuję przede wszystkim tego, że nie spisałam wspomnień mojej mamy, byłoby o czym dziś rozmawiać… ale jest już na to za późno.

 

E.N.-F.: W imieniu czytelników naszego portalu dziękuję, że podzieliła się Pani z nami swoją historią. 

 

Z Oksaną Bilińską rozmawiała Edyta Niemczynowska – Frąckiewicz

3 komentarze

  1. Fantastyczna opowieść ściskająca za gardło.. Pani Edyto, pani Olu dziękujemy za ten wywiad i historię życia jakich w tej gminie jest wiele. A może taki cykl wywiadów : Skąd nasz ród. Powstać może bardzo ciekawa publikacja.

    • Podpisuję się pod tym komentarzem gdyż mnie brakuje słów aby opisać uczucia towarzyszące podczas lektury tego wywiadu!

  2. Wzruszająca opowieść.W pelni się zgadzam z przedmowcami.Pozdrawiam Cię Olu ???????? Mozesz dalej nam „gwiazdorzyc” ????????????

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *