Pages Navigation Menu
reklama

Wspomnienie o Pani Katarzynie Łukaszewicz

Wspomnienie o Pani Katarzynie Łukaszewicz

Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.
Od królewskich piramid sięgający wyżej;
Ani go deszcz trawiący, ani Akwilony
Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony

Szereg, ni czas lecący w wieczności otchłanie.
Nie wszystek umrę, wiele ze mnie tu zostanie
Poza grobem.

Horacy

Ktoś kiedyś napisał, że „każdy człowiek jest innym kwiatem w ogrodzie wszechświata […] i […] emanuje niepowtarzalnym pięknem”. Dziś żegnamy jeden z tych najpiękniejszych kwiatów – Panią Katarzynę Łukaszewicz, osobę niesłychanie dla Smolca zasłużoną.

Przyszła na świat w 1919 r. w Pińsku w powiecie Łohiszyn w ówczesnym województwie poleskim w rodzinie Feliksa Szawlińskiego, oficera carskiej armii, i jego żony Heleny z Łukaszewiczów. Miała cztery siostry i jednego brata. Bardzo wcześnie nauczyła się czytać, co zaowocowało tym, że do końca swojego długiego życia była osobą ciekawą świata. Przez 3 lata uczyła się w żeńskiej Szkole Rolniczej, której dyrektorką była pani Emilia Smolakowa. Na zawsze zapamiętała swoje nauczycielki: Marię Raczyńską (ogrodnictwo), Stanisławę Podobiankę (rolnictwo) i Zofię Karczmarek (rolnictwo). Młoda panna Szawlińska, wtrakcie wycieczek szkolnych, dwa razy odwiedziła sławną pisarkę Marię Rodziewiczównę w jej majątku w Hruszowej. Jej nauczycielem religii był słynny ksiądz Jan Zieja, późniejszy kapelan Szarych Szeregów i Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego oraz działacz opozycji demokratycznej w PRL. Potem pracowała jako ekspedientka w PSS Społem i jako księgowa w Kasie Stefczyka. Pani Katarzyna była naczelniczką 19-osobowej Żeńskiej Straży Pożarnej. Chciała założyć taką samą później w Smolcu, ale nie było chętnych.

W środku, w mundurze, ś.p. Pani Katarzyna Łukaszewicz z domu Szawlińska. Fot. dzięki uprzejmości Pana Kazimierza Łukaszewicza

Po wybuchu II wojny światowej Jej krewni bronili Polski przed agresją niemiecko-sowiecką. Po jednym z nich słuch zaginął, Jej i kuzyn wraz z żoną zostali zesłani do Archangielska, gdzie cierpieli głód i niedolę. Brat dzięki Jej staraniom wrócił do Polski w 1956 r. Jeden z agresorów radzieckich zabił Jej szwagra, męża Jej siostry Urszuli, broniącego swojej żony. Była świadkiem zbrodni nazistowskich dokonywanych na miejscowych Żydach. Widziała, jak rozstrzeliwano ich na katolickim cmentarzu. Tak zginęła Gołda, jej koleżanka ze szkolnej ławy. Do końca życia pamiętała płacz i krzyki tych ludzi. Po wojnie doprowadziła do upamiętnienia ofiar.

Do Smolca przyjechała 25 listopada 1945 r. z teściową, mężem Bolesławem i dwoma synami: Józefem i Kazimierzem. Początkowo chcieli osiedlić się w okolicy Chełma Lubelskiego, ale grasowały tam bandy i było niebezpiecznie, więc zdecydowali się pojechać dalej. 13 lutego 1946 r. urodziła w Smolcu swojego trzeciego syna, Marcina. Był on jednym z

pierwszych Polaków urodzonych w Smolcu. Poród odbierała niemiecka położna. Niestety, dziecko zaraziło się tężcem i zmarło 4 marca po heroicznej walce Rodziców o jego życie.

Pan Bolesław Łukaszewicz pracował w Smolcu przy rozdzielaniu darów z Administracji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy (UNRRA). Pani Katarzyna w 1946 r. założyła tutaj Ligę Kobiet, która potem przekształciła się w Koło Gospodyń Wiejskich, oraz prowadziła pocztę (od 1956 r.). Udzielała też pierwszej pomocy medycznej. Bardzo blisko współpracowała z legendarnym już księdzem Edmundem Jasiakiem. Jej starszy syn Józef został później neurologiem – był pierwszym studentem ze Smolca. Niestety, później zginął w tragicznym wypadku. Wraz z mężem wspaniale wychowała również pozostałe dzieci: Jej córka jest również lekarką, a syn Kazimierz – fotografem.

W 2010 r. pani Katarzyna Łukaszewicz została odznaczona tytułem Człowieka Zasłużonego dla Smolca. Zmarła 29 października 2017 r. w wieku 98 lat.

Panią Katarzynę Łukaszewicz miałem zaszczyt i niesamowitą przyjemność poznać bliżej podczas pracy nad książką o historii Smolca. Bez Niej nie powstałaby lwia część rozdziału poświęconego początkowi najnowszej polskiej historii naszej miejscowości.

Historycy twierdzą, że, ze względu na przemiany w różnych dziedzinach życia, wiek XX tak naprawdę rozpoczął się w roku 1914 wraz z końcem Belle Epoque i wybuchem I wojny światowej. Jego koniec przypada zaś na Jesień Narodów w roku 1989 lub na likwidację Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w 1991 r. Z tej przyczyny wiek XX często jest nazywany „najkrótszym stuleciem”.

W osobie Pani Katarzyny żegnamy jednego ze Świadków tych czasów, naznaczonych straszliwymi zbrodniami przeciwko ludzkości. Pani Katarzyna widziała, jak jej bliscy walczą w tej najstraszniejszej z wojen i tracą wolność oraz życie. Widziała jej żydowskich sąsiadów i przyjaciół płaczących i modlących się przy rowie, który za chwilę miał stać się ich grobem. Straciła dwóch synów. Mimo tego nigdy się nie złamała, nie było w niej śladu nienawiści, czy chęci zemsty. Wręcz przeciwnie – współczuła tym Niemcom, którzy wiosną 1946 r. na zawsze musieli opuścić swoją smolecką „Heimat”, czyli małą ojczyznę. Działała tak, jakby słyszała i doskonale znała słowa swojego wychowawcy, księdza Jana Ziei:

Nam nie wolno w tej sprawie przekroczyć granicy, a tą granicą jest fakt, że Niemiec jest człowiekiem! I nie wolno nikomu (…) godności ludzkiej w tym Niemcu poniewierać! (…) Uważajmy, byśmy na siebie nie ściągnęli hańby takiej, jak Niemcy na siebie. (…) Widziałem transport jeńców pomęczonych, spoconych, pochylonych cierpieniem. Przyjeżdża pociąg, otwarte wagony, kobiety polskie rzucają przekleństwa.(…) Co to ma znaczyć?! Takich rzeczy nie wolno robić, jeśli się chce być prawdziwym człowiekiem.”

Pani Katarzyna była prawdziwym, pięknym i mądrym człowiekiem. Zapytałem ją, dlaczego mimo tylu niesłychanie trudnych doświadczeń życiowych, jest osobą tak pogodną i pełną ludzkiego ciepła. Odpowiedziała mi: „Bo spotkałam w swoim życiu bardzo wielu dobrych ludzi”. I ta umiejętność dostrzegania dobra wokół nas uderzyła mnie w niej najbardziej.

Jej katecheta, ksiądz Jan Zieja, powiedziała też coś takiego:

„Nawet jeśli ktoś spełnia obowiązki religijne, a nie pielęgnuje miłości lub żyje z niechęcią do ludzi, nie jest praktykującym chrześcijaninem.”

W świetle tych słów Pani Katarzyna była prawdziwą chrześcijanką. Być może jedną z nielicznych.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *