Pages Navigation Menu
reklama

Rozmowa miesiąca: Henryk Klimek – życie wplątane w historię…

Rozmowa miesiąca: Henryk Klimek – życie wplątane w historię…

Będzie o wielkiej gminie Smolec, budowie gazociągu, kursach „Praktycznej Pani”, smoleckim Kinie „SZAROTKA” i wielu innych ciekawych rzeczach, tak więc nie dało się krócej…

Gościem smolec24 jest długoletni mieszkaniec naszej miejscowości, były sołtys i wieloletni członek rad sołeckich, społecznik i jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Smolca – Pan Henryk Klimek.

legitymacja radnego_SMALL

Legitymacja radnego. Fot. archiwum prywatne Henryka Klimka

Edyta Niemczynowska – Frąckiewicz: Obchodzimy w tym roku 700-lecie Smolca, a od kiedy jest to Pana historia? Jakie jest Pana pierwsze wspomnienie ze Smolca?

Henryk Klimek: Mieszkam w Smolcu prawie 70 lat więc trochę tej historii mam za sobą. Miałem rok, gdy w kwietniu 1947 przyjechaliśmy do Smolca. Miesiąc trwała podróż, mama była wówczas w trzecim miesiącu ciąży. Wcześniej przybyła tu rodzina mojego ojca, nasz kuzyn – Antonii Mazur – był pierwszym wójtem ówczesnego Smolca. My następnie ściągnęliśmy tu innych członków rodziny…

E.N-F.: Czyli Smolec był wówczas gminą skoro miał wójta?

Tak, od samego początku. I była to ogromna gmina, w jej skład wchodziły nawet wrocławskie osiedla Klecina i Oporów, w drugą stronę sięgała do Sadkowa, Małkowic i Samotworu.
Zamieszkaliśmy przy ulicy Polnej, gdyż w pobliżu, przy Dworcowej, mieszkał właśnie nasz kuzyn Antonii. Tu zacząłem chodzić do przedszkola – pierwsze przedszkole było przy ul. Ogrodowej, później przeniesiono je na ulicę Główną (ten budynek ku mojej rozpaczy niedawno gmina sprzedała, a byłby idealny na Dom Kultury itp.). Pierwsze moje ważne wspomnienie, to chyba jak dla każdego dziecka pierwszy dzień szkoły. Był to rok 1953, skończyłem w roku 1960. Szkoła mieściła się w tym samym budynku, co obecnie, ale należy pamiętać, że uczyliśmy się sześć dni w tygodniu. Dzieci też nie brakowało, były po dwie klasy w roczniku, a każda liczyła 25-30 uczniów!

poczta

Centrala telefoniczna na poczcie w Smolcu, przy aparacie Marianna Kulig. Fot. archiwum prywatne Henryka Klimka

E.N-F.: A co było wówczas – w latach powojennych – najtrudniejsze? Czym zajmowali się mieszkańcy już tu w Smolcu?

Większość gospodarowała na swoim, ale wielu pracowało w różnych zakładach Wrocławia. W owym czasie było bardzo dobre połączenie kolejowe z Wrocławiem. Młodzież dojeżdżała do szkół. Mieszkańcy znali się wcześniej, integracja więc była szybka, ale to był nieco inny Smolec, wesoły. Zaraz po wojnie założono teatr, chór przykościelny, a co sobotę były zabawy. Ludzie byli młodzi, bo to w większości tacy zdecydowali się ruszyć w nieznane. Wielkim wydarzeniem był pogrzeb, bo było ich naprawdę mało. Moja rodzina przyjechała z Batorza, miejsca znanego z jednej z najbardziej znaczących bitew powstania styczniowego, gdzie jest pochowany, bo tam zginął, bohater tego powstania „Lelewel” Borelowski. W sąsiedniej miejscowości – Wólce Batorskiej – przez rok czasu ukrywał się kardynał Wyszyński. To są rejony Kraśnik Lubelski – Janów Lubelski.

Życie było trudne, bo wiadomo, że czasy powojenne, ale ludzie byli szczęśliwi, bo potrafili się cieszyć, że jest pokój, każdy miał pracę, bo na Dolnym Śląsku nie było z tym problemu. Rodziło się wiele dzieci.  Proszę pamiętać, że większość z tych ludzi przyjechała z terenów, gdzie nie było dróg, prądu… W latach 1945-47 Smolec dla tych ludzi był miejscem nie do wyobrażenia, przenieśli się z drewnianych chat, w tamtych stronach to jeszcze w latach sześćdziesiątych ludzie mieszkali w jednym budynku z bydłem! A tu był nawet częściowo wodociąg! To był szok kulturowy! Byliśmy więc szczęśliwi!

Bez tytułu_SMALL

Żniwa w latach pięćdziesiątych. Edmund Klimek wraz z żoną Anną. Fot. archiwum prywatne Henryka Klimka

E.N-F.: A jak tu się żyło za PRL-u? Czy był dom kultury, co się robiło wieczorami?

W Smolcu nie było źle, był Klub Rolnika – w miejscu obecnej małej sali świetlicowej – tylko była ona mniejsza. Można było kawę wypić, telewizję oglądnąć. Kierowniczką była pani Holdenmajer.

Staw przy Ogrodowej był czyściutki, elegancki, było molo. Po Niemcach zostały zadbane kajaki – bo był tu ośrodek wypoczynkowy dla młodzieży niemieckiej. Był też duży sad i teren do siatkówki. W soboty i niedziele były imprezy, na które sporo ludzi też z Wrocławia przyjeżdżało. Trudno powiedzieć, czy ktoś to organizował, czy pomysły rodziły się spontanicznie. Pamiętam jeden wieczór, gdy wszyscy przyszli z latarkami i około sto latarek puszczało łunę w niebo. Niesamowity widok! Ludzie mieli wiele pomysłów.

Nie sposób nie wspomnieć o lokalnej restauracji „Złoty Kłos”, mieszczącej się naprzeciwko świetlicy, gdzie dziś znajduje się żłobek. Była słynna z tego, że nigdy nie brakowało tam piwa, wszędzie mogło go brakować – w Kątach, we Wrocławiu, a w Smolcu było! Obsługa lotniska tu przychodziła! Była to jednocześnie też kawiarnia, elegancka, obsługiwali kelnerzy, odbywały się uroczystości rodzinne, ale były i dancingi (nawet ze striptizem!).

Mieliśmy też Bazę Rolną, gdzie zaopatrywała się większość rolników (w nawozy, węgiel, materiały budowlane…). Była to dobra rzecz i muszę tu wspomnieć jedno nazwisko, bo to była jego zasługa – ta osoba była wówczas prezesem GS – pan Mijalski – do tej pory mieszka w Smolcu – on tę bazę zbudował!

Była duża sala, było gdzie się pobawić (obecna świetlica). Wiele elementów kulturowych przenikało tu poprzez GS, w owym czasie to właśnie GS organizował zajęcia „Praktyczna Pani”, gdzie uczono kobiety gotowania i pieczenia, co kończyło się zawsze wspólnym spożywaniem wykonanych produktów. Były kursy szycia i krawiec za pół darmo. GS prowadził wypożyczalnie talerzy na różne imprezy, ogólnie wnosił bardzo wiele w funkcjonowanie naszej społeczności.

Przy Kole Gospodyń Wiejskich działał chór, jeździli po całym województwie!

Od początku był tu obecny sport. Ludowe Zespoły Sportowe organizowały mecze. Pierwsze boisko było za parkiem w kierunku Krzeptowa. Mecze były w co drugą niedzielę i zawsze było na nich sporo ludzi.

Proszę sobie wyobrazić, że w Smolcu było dziesięć sklepów różnego typu: tekstylia, AGD, żelazny, była rzeźnia, a przy niej sklep – wędliny były najlepsze w okolicy! Był kowal i oczywiście sklep spożywczy, otwarty również przed południem w niedziele. Cały czas funkcjonowała też apteka. Do 1974, tak długo jak istniał GS, to wszystko było!

W książce opisującej gminę Kąty Wrocławskie znalazłem informacje, że gminy Smolec nie było od 1954, ale to nieprawda. W 1954 była reforma administracyjna, która zlikwidowała wszystkie gminy w Polce i na ich miejsce powołała Gromadzkie Rady Narodowe i wówczas gminę Smolec podzieli na dwie jednostki – podobne jak gminy. Powstała Rada Gromadzka w Małkowicach i taka sama w Smolcu.  W Smolcu przewodniczącym został Pan Osak, który mieszkał w Nowej Wsi Wrocławskiej, ale ta sytuacja trwała krotko, Małkowice borykały się z różnymi problemami i szybko wróciły do Smolca i było po staremu. Inaczej się nazywało, ale byliśmy samodzielną jednostką.

Wiele pięknych i ważnych budynków zostało spalonych, trudno powiedzieć czy w czasie wojny, czy zaraz po wojnie. Była tu przy ul. Dworcowej piękna przychodnia z oddziałem porodowym. Przy ulicy Lipowej była duża weterynaria i piekarnia. Pierwsza straż pożarna – jeszcze za Niemców była na rogu ul. Lipowej i Chłopskiej.

gk_SMALL

Członkowie GS w Smolcu. Od lewej stoją: Siarkowicz, nieznany, Pierzak. Siedzą: Wiatr, Majchrowski, Koprowski, Piskor

E.N-F.: Z tego, co nam wiadomo, Pana ojciec był komendantem tej straży pożarnej, jak wyglądało wtedy jej wyposażenie?

Tak. Zaraz jak przyjechali na te ziemie, zaczęli ją organizować. Wynaleźli jakąś motopompę, pamiętam ją, taka na dwóch kółkach, przytwierdzali ją do samochodu lub ciągnika, gdy trzeba było jechać na akcję. Pierwsza siedziba straży była z tyłu gminy, czyli przy obecnej świetlicy, bo władze gminy urzędowały w istniejącym budynku po lewej stronie od świetlicy, który obecnie jest budynkiem mieszkalnym.

 

E.N.-F.: Jak wówczas wieś wyglądała? Pamięta Pan zamek?

Oczywiście, że zamek pamiętam! Jako przedszkolak spacerowałem w tych alejkach ze swoją grupą. Panie zabierały nas tam często. Szczególnie lubiliśmy mostki. Zamek był wówczas w dobrym stanie, wyposażenie rozkradziono, ale mury stały. Dach był z łupku bitumicznego, ciemny, bardzo ładny. Można było wejść do środka i to było duże zaniedbanie. Do dziś mam pretensje do naszych rodziców, że nie umieli się tym zająć. To był jeden z najpiękniejszych pałaców w okolicy, bo przecież należał do jednego z najbogatszych ludzi Wrocławia. Niejeden mebel pewnie znaleziono by jeszcze w smoleckich domach!

 

E.N.-F.:  A kiedy stał się ruiną?

Gdy powstała spółdzielnia produkcyjna i członkowie zaczęli wyciągnąć różne elementy np. na opał. Tak się zaczęło. Najbardziej pałac został zniszczony w latach pięćdziesiątych, kiedy to został rozebrany na cegły. Co się z tymi cegłami stało to nie wiem, ale ojciec opowiadał, że je wywieziono gdzieś w kierunku Częstochowy…

Być może losy pałacu potoczyłyby się inaczej, gdyby nie opowieści jednej ze starych mieszkanek, zwanej „Pariszką”, która straszyła wszystkich duchem, który miał rzekomo tam mieszkać. Nikt nie odważył się osiedlić w pałacu…

 

E.N.-F.: – A inne budowle historyczne, może też już nieistniejące?

Trzeba wspomnieć jeszcze o kościele. Gdy nasi rodzice w  1947 roku tu przybyli byli katolikami, a kościół był ewangelicki, zaczęli więc myśleć o przebudowie. Z tego, co mi ojciec opowiadał, wiem, że początkowo przywozili tu księży do odprawienia nabożeństwa, np. z Tyńca Małego. Administracyjnie kościół smolecki podlegał pod parafię w Jaszkotlu, ale ksiądz w Jaszkotlu mówił tylko po niemiecku. Samodzielna parafia w Smolcu wydzieliła się dopiero w latach osiemdziesiątych. Pamiętam ks.Jasiaka, ks.Makolądrę… Tak więc wykonano remont i przystosowano kościół do obrządku katolickiego.

 

E.N.-F.: Mówi Pan o remoncie kościoła w latach powojennych. Obecnie też borykamy się z potrzebą remontu kościoła, jest to kosztowna i pracochłonna inwestycja, jak wy sobie z tym poradziliście? Z czego to było finansowane?

To wszystko ludzie, wszystko z własnych pieniędzy, również prace budowlane sami wykonaliśmy, też sufit był wzmacniany, dokładnie jak dziś. Na wszystko zebraliśmy pieniądze wśród mieszkańców.

 

E.N.-F.: Jest Pan jedynym smoleckim sołtysem odznaczonym złotym krzyżem zasługi oraz złotą oznaką, urząd sołtysa pełnił Pan aż przed 14 lat. Otrzymał Pan te odznaczenia za całokształt pracy na rzecz Smolca, czy za konkretne działania?

Byłem sołtysem od marca 1976 roku i pełniłem te funkcję do 1989 roku. Rezygnacja była moją osobista decyzją, byłem już trochę „wypalony” pracą, szczególnie przy budowie gazociągu. Zresztą praca sołtysa wyglądała zupełnie inaczej. Sołtys miał pod sobą wszystkie kontraktacje zbóż, bydła, wydawanie kartek żywnościowych – ja miałem miesięcznie 2 tys. kartek do wydania! Co miesiąc zamek w drzwiach wymieniałem, bo jak jeden złapał klamkę pierwszego to ostatni trzydziestego. Wszystkie talony na lodówki czy meble szły przez sołectwo, nawet doszło do tego, że my sołtysi kobietom watę rozdawaliśmy! W owym czasie to była ciężka praca. Jak zostałem w międzyczasie radnym to dostałem 10 biletów na PKS – to była cała zapłata, dlatego wtedy to była naprawdę funkcja społeczna. Sołtys nawet biletów nie miał, jedyne wynagrodzenie to było półtora procenta prowizji od zebranych pieniędzy na podatki. Dwa samochody zniszczyłem, bo wszędzie trzeba było dojechać, a na zakup paliwa trzeba było najpierw zdobyć bony.

 

E.N.-F.:  Wróćmy może to tych odznaczeń – Złoty Krzyż Zasługi – za co go Pan otrzymał?

To odznaczenie jest za gazyfikację Smolca. To była gigantyczna praca. Do dziś wiele miast jeszcze nie ma gazu, a wówczas, w latach 80-tych, brakowało wszystkiego, zwykłych rur, ale i ludzi do pracy. Zbudowaliśmy ten gazociąg w sumie w ciągu 5 lat!

Złoty Krzyż Zasługi

 

E.N.-F.: Zbudowaliśmy? To znaczy kto? W czynie społecznym?

W dużej mierze tak. Najpierw powstał Komitet Społeczny, którego zostałem przewodniczącym. Muszę wspomnieć tu o Alfredzie Poniatowskim, moim zastępcy, już świętej pamięci, o naszym księgowym – Zbigniewie  Piwowar – wielu poświęcało swój czas. Wspaniali mieszkańcy Smolca, którzy po 100 tysięcy ówczesnych złotych wpłacali na konto Komitetu – to była duża suma na tamte czasy. Załatwiliśmy w banku możliwość pożyczek dla mieszkańców, którzy taką kwotą nie dysponowali. Nie mogłem też narzekać na Naczelnika Gminy, był nim wówczas pan Roman Ładna, sporo pomagał, pomagali też radni : pan Jankowski i pan Świżewski…

 

E.N.-F.: Sama akcja była pionierska jak na tamte czasy i warunki. Skąd wziął się ten pomysł, kto był inicjatorem?

Pomysł wyszedł od ludzi. Udało się, bo nikt nie wierzył, że nam się uda. Po całym województwie jeździliśmy, wszyscy myśleli, że nam przejdzie, bo temat był bardzo trudny, nikt w nas nie wierzył, a nam się udało. Ci, którzy wówczas w sektorze budowlanym pracowali, to rozumieją, jaki to był trud. Ale duża była pomoc ze strony urzędów. Ja miałem bezpośredni kontakt z wicewojewodą, do dyrektora gazowni przy Ziębickiej trzeba było umawiać się na tydzień przed – ja wchodziłem od razu….

Myśmy wykonywali wykopy, rury musieli kłaść specjaliści uprawnieni do prac przy gazie. Trzy takie ekipy były, bo ciężko wówczas było z dobrymi zespołami i szybką pracą. Całość zakończono w 1993 roku. Sesja Rady Miasta i Gminy Kątów Wrocławskich odbyła się z tej okazji na wyjeździe w Smolcu i była połączona z otwarciem gazociągu.

wieczór wrocławia z dn.11.lutego 1993 r._SMALL

Informacja w Wieczorze Wrocławia z 11 lutego 1993 r. o zakończeniu budowy gazociągu w Smolcu, komitetowi gazyfikacji przewodniczył Henryk Klimek.

 

E.N.-F: A złota odznaka?

Przewodnicząca Rady – pani Starzyńska – doceniła moją pracę jako sołtysa i radnego w 1982, na zakończenie kadencji radnego. To było najwyższe odznaczenie wojewódzkie. Ucieszyło mnie to bardzo, bo nie byłem za bardzo lubiany w Kątach i często pomijany przy wszelkich wyróżnieniach…

Złota Odznaka (1)_SMALL

 

E.N.-F.: Dlaczego nie był pan lubiany i pomijany? Nie wstrzelił się Pan w jedynie słuszną linię partii?

Chyba tak, a może za dużo żądałem. Ojciec mi zawsze powtarzał, bym do żadnej partii się nie zapisywał, bo on był w AK, był gnębiony przez UB, w 1956 był aresztowany, na szczęście przyszła amnestia, bo groziło mu 10 lat pozbawienia wolności. Nawet na harcerstwo się nie zgodził, choć bardzo chciałem należeć. Wcześniej sam był ok. 4 lat sołtysem, trochę tak fortelem, bo nie chciał się zapisać do spółdzielni produkcyjnej, a był przepis, że każdy sołtys musiał gospodarzyć, więc dostał pole, aż 3 km za Smolcem. A czy miało to wpływ na moje funkcjonowanie? To ludzie wybierają sołtysa, zaufali mi… starałem się zawsze być apolityczny.

 

E.N.-F.: A czy w okresie, gdy był Pan sołtysem funkcjonowała we wsi biblioteka?

O tak! Musimy wspomnieć tu panią Rossowską, bardzo długo prowadziła naszą bibliotekę. Sam z niej korzystałem, masa ludzi korzystała. Ja przeczytałem prawie wszystkie książki historyczne, a pani Rossowska była taką wyrocznią, gdy ktoś nie wiedział, co pożyczyć, zawsze doradziła.

 

E.N.-F.: A czy coś wokół biblioteki się działo czy była to tylko wypożyczalnia?

Były przeróżne imprezy, spotkania z pisarzami, spotkania z ciekawymi ludźmi. Biblioteka była koło obecnej świetlicy, gdzie obecnie mieszka pani Matkowska.

 

E.N.-F.: A co się stało z biblioteką później?

Została przeniesiona do budynku po urzędzie gminy na parter i jak wiadomo wszystko się wkrótce skończyło. Do dziś nie mogę zrozumieć, że bibliotekę, która była w Smolcu od początku, zlikwidowano tylko dlatego, że ponoć może być tylko jedna biblioteka gminna. Nie mamy domu kultury, choć mógł powstać w budynku po starym przedszkolu. W mojej ocenie sprzedano to za bezcen, nie tylko budynek ale i 35 arów działki. To wszystko to dla mnie to straszne marnotrawstwo. W mojej rodzinnej gminie istnieje kilka bibliotek, więc chyba przepisy tego nie zakazują…

 

E.N.-F.: Póki co możemy wszystkich zaprosić do Klubu Książki Szafa w świetlicy wiejskiej, który pełni funkcję biblioteki i poinformować, że jesteśmy na dobrej drodze do powołania w Smolcu punktu bibliotecznego, jesteśmy już po rozmowach z Panem Burmistrzem i powstaje projekt nowej sali bibliotecznej. Jest duża szansa, że się uda!

Tak, jestem członkiem KK SZAFA! Muszę pochwalić tę bibliotekę, bo znalazłem tam bardzo ciekawą książkę, której bohater opisuje Bitwę pod Wiedniem z punktu widzenia Turka, niesamowita!

E.N.-F.: Zgadza się, pan Henryk jest członkiem Klubu.

Widzę, że dla młodych ludzi to liczy się tylko Internet, książki już ich nie interesują, a szkoda… A nie wspomniałem jeszcze, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Smolcu było kino! Takie stacjonarne, nie przyjezdne. W niedzielę rano były poranki dla dzieci… Super! I wszystko to w dużej sali świetlicy wiejskiej, były krzesła, ławki, repertuar oczywiście odpowiedni do tamtych czasów, dużo filmów radzieckich… ale było! I bilety były niedrogie, stąd mnóstwo ludzi korzystało. Kierownikiem Kina „Szarotka”, bo tak się nazywało, był pan Henryk Działa.

 

E.N.-F.: W grudniowym wywiadzie Hieronim Kuryś powiedział mi, że świetlica była w stanie tragicznym, gdy przejmował sołectwo, jak Pan ten okres wspomina? Mam na myśli ostatnie lata przed przeobrażeniem Smolca – zanim Osiedle Leśne urosło w siłę.

Pan Kuryś ma rację i jej nie ma. Pani Kowalska (była sołtys Smolca) dbała o Smolec, ale lata dziewięćdziesiąte zrobiły swoje, należy pamiętać, że władze gminy nigdy nie były zainteresowane dbaniem o świetlice wiejskie, przed wyborami się czasem odmalowało i tyle… Ale to już były rządy Pani sołtys i nie chciałbym się wypowiadać…

 

E.N.-F.: A jak Pan ocenia dzisiejszy Smolec? Początkowo był Pan sceptyczny w kwestii utworzenia trzech sołectw, potem otwarcie na zebraniu wiejskim poparł Pan ten projekt. Pana opinia nie była tu bez znaczenia – wiele osób liczy się z Pana zdaniem i czekało na jednoznaczną deklarację – może za wcześnie na oceny, ale jakie nadzieje wiąże Pan takim rozwiązaniem, co przeważyło, że tak Pan zadecydował?

Spełniono pewne warunki, których się domagałem, a chciałem poznać kandydatury. Ja wiele lat pełniłem to stanowisko, wiem, co to jest praca społeczna, a niektórzy ludzie pozwalają się wybrać, chcą piastować stanowiska, a potem tyle ich widzieliśmy. Gdy jednak przedstawiono mi kandydatów uznałem, że może się udać, że może to pójdzie dobrą drogą. Ale jak sama Pani wspomniała, trzeba z ocenami poczekać. Ale Smolec ma jeszcze wielu innych działaczy, tak że to nie może się nie udać :)

Podsumowując, chyba faktycznie dużo dla Smolca udało mi się zrobić, ale bez pomocy ludzi, mieszkańców, lokalnych społeczników, nie byłoby to możliwe. Tu mieszkają naprawdę wspaniali ludzie. Każdy pokochał ten swój dom, który dostał po Niemcach, są mentalnie młodzi, traktują już dziś Smolec jako swoją małą ojczyznę. Jest mnóstwo nowych  zaangażowanych ludzi. Smolczanie potrafią słuchać, potrafią docenić pracę innych… Może ci najstarsi nie są tak wykształceni, ale przeszli szkołę życia. Tu nigdy nie było złodziejstwa, większych kradzieży, poważnych przestępstw. Niewątpliwym atutem jest bliskość Wrocławia, kultury, choć może bilety do teatru czy opery dla emerytów są dość drogie.

Smolec to jedna z najmądrzejszych wiosek. Znam wioski, gdzie kłócą się na potęgę. A różnice zdań? To dobrze, gdy są! Wolę rozmawiać z ludźmi, którzy mają odmienne zdanie. Czasem bywa trudno, np. gdy ciągnęliśmy gaz i przez niektóre ogrody trzeba było przejść, każdy miał zagospodarowane otoczenie, jakieś drzewka, kwiaty… i nie wszyscy chcieli się zgodzić na kopanie. Chodziłem wówczas, tłumaczyłem, nieraz godzinami i się udawało…

Dam Państwu przykład, tu przy Polnej mieszka ok. 10 rodzin, myśmy nigdy przez te wszystkie lata się nie pokłócili! Co więcej, ludzie sobie pomagali, w latach 60-tych, po rozkradzeniu instalacji elektrycznej, w Smolcu jeździła lokomotywa, nie raz zajęły się ogniem pobliskie skarpy, to wszyscy biegli gasić. A jak ktoś wędził wyroby na podwórku to od razu pojawiali się sąsiedzi i się wspólnie kosztowało…

 

E.N.-F: A prywatnie? Z czego jest dumny Henryk Klimek? Dziadek Mistrza Europy Młodzików w zapasach…

No Dawid jest nieobliczalny, on na pewno daleko zajdzie. Aktualnie brązowy medalista Mistrzostw Europy i Mistrz Polski Seniorów 75 kg w stylu klasycznym. Ale mój drugi wnuk – Bartek – też trenuje zapasy z sukcesami (uczestnik mistrzostw świata), tyle że w Radomiu. Mam jeszcze dwóch innych wnuków tj. Patryka i Michała, którzy już pracują, i wnuczkę Zuzię, która się uczy w liceum. Mam trzech synów. Dwóch mieszka ze mną, a trzeci we Wrocławiu. Mogę być z nich wszystkich dumny!

 

E.N.-F.: Jak wychodzi Pan na wieś to są osoby, które Pana nie znają?

Nowi mieszkańcy z Osiedla chyba nie znają, choć czasem zdarzało mi się już zdziwić… Może znają mnie z kościoła? Na Osiedlu jest ogromny potencjał Smolca. Nie wiecie nawet jaki to potencjał! Ludzie młodzi, wykształceni… Kąty mogą nam pozazdrościć… Aż serce się raduje.

 

E.N.-F.: Czego chciałby Pan życzyć Smolcowi na kolejne 700 lat?

Ja marzę o Gminie Smolec, to moje największe marzenie…. bo miejscowość rozkwita, ale brakuje konkretnego gospodarza. W latach 90-tych staraliśmy się o przywrócenie gminy i GS, z GS się udało. Ta miejscowość na to zasługuje. A gmina jest bogata, ja biorę przykład z gminy Kobierzyce, że można… Kąty mają autobus co 15 minut do Wrocławia, a my co godzinę lub dwie… Nie przekonuje mnie twierdzenie, że co powiedzą inne miejscowości… To są właśnie te małe rzeczy, które nie zbliżają ludzi do Kątów. Przecież mamy dużą sale, czy nie można tu czasem jakiegoś zespołu teatralnego sprowadzić czy coś? Przecież nikt od nas do Kątów jeździć nie będzie, bo jak mamy jechać to już łatwiej nam do Wrocławia podjechać i tam mamy dużo szerszy wybór ofert kulturalnych…

 

E.N.-F.: A widzi Pan już kandydata na wójta, skoro mówi Pan o gminie Smolec?

Oczywiście! Kandydatów nie brakuje! Ale o tym niech decydują ludzie…

 

E.N.-F.: Chciałby Pan coś dodać do naszej rozmowy?

Chciałbym Państwu podziękować za to, co robicie. Strona smolec24 jest oglądana nawet w lubelskim, w mojej rodzinie, dziwią się tam wszyscy, że nie jesteśmy gminą. Chciałbym podziękować Towarzystwu Przyjaciół Smolca. A jak przyciągnąć ludzi? Zainteresować naszymi sprawami? Mam świadomość, że trzeba się spotykać. Trzeba robić podobne imprezy jak w Kątach i tu mam żal do władz gminy, bo trzeba zaprosić jakiś znany zespól, chór sołtysów nie przyciągnie mieszkańców osiedla… W Kątach nie widzą, że my jesteśmy porównywalną miejscowością, a Gminy Ośrodek Kultury jest kątecki, a nie gminny, poza Kątami Pani Dyrektor nic nie organizuje, nic się nie dzieje. A nie wiem, czy Państwo wiedzą, że do 1974 roku nikt w ogóle Kątów nie znał, nikt tam nie jeździł – bo po co? Szkoły czy praca były we Wrocławiu. Krzywdę nam wyrządzono likwidując gminę i mam pretensje do ówczesnych władz, bo trzeba było zawalczyć, a przyłączono nas do Kątów, by podnieść naszym kosztem rangę tej zaniedbanej wówczas gminy, bo Smolec kwitł…

 

My również dziękujemy za tę rozmowę, życzymy dużo sił i energii do dalszej pracy społecznej, bo pana Henryka ciągle wszędzie jest pełno. Dziękujemy za to wszystko, co Smolec Panu zawdzięcza, co zrobił Pan przez te wszystkie lata…

To ludzie zrobili…

E.N.-F: Ludzie na pewno, ale ludzie zawsze potrzebuję kogoś, kto nimi pokieruje i poprowadzi…

IMG_4460_SMALL

Edyta Niemczynowska-Frąckiewicz ze swoim rozmówcą podczas wywiadu 13 maja 2016 r.

5 komentarzy

  1. Gratuluję wywiadu! Dzięki tej rozmowie dowiedziałem się wiele ciekawych informacji z historii Smolca.

  2. Tyle ostatnio się o Smolcu dowiaduję, a widzę, że to ciągle mało! Dziękuję Panie Henryku za tę opowieść.

  3. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Bardzo ciekawe historie. Proponuje kontynuacje cyklu i rozmowy z najstarszymi, najważniejszymi, najbardziej znanymi a na koniec także ze zwykłymi mieszkańcami Smolca. Dzieki takim historiom Smolec to juz nie tylko miejscowość, w której TYLKO mieszkam :-D

  4. Gratuluję!!!

    Jestem pod wielkim wrażeniem.

    Wzór do naśladowania i jasny cel : GMINA SMOLEC

  5. Tylko tego pałacu szkoda. Bardzo ciekawe historie, czekam na inne i gratuluję pomysłu na spisywanie takich ciekawych wydarzeń z historii Smolca.Pani Edyto czekam na więcej…

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *